Wojciech Roszkowski
2007-01-05 21:41
Coś słabiutka ta recenzja, więc napiszę swoją. Przez sentyment, ponieważ używałem go 4 i pół roku i mogę coś o nim powiedzieć. Piszę "używałem" bo właśnie umarł "z przepracowania".
Wybór tego modelu nastąpił po analizie kilku innych marek i modeli, ale miałem swoje priorytety takie jak karta CF (w 2002 roku karty SD były wolne i drogie), akumulatory nie dedykowane tylko paluszki R6, zoom optyczny+cyfrowy, możliwość pstrykania z wyłączonym ekranem - przez wizjer z zoomem oraz matryca nie mniejsza niż 3 mln pixeli.
Funcjonalność.
Poza tym, że w moim aparaciku nie było polskiego menu - bez zastrzeżeń.
Ekranik nie za duży (nie "ciągnie" z baterii), mnogość opcji jak na tamte czasy powalająca, i całkiem przyzwoity zoom dawały mi wiele satysfakcji przy rbieniu fotek "zarobkowych". Para akumulatorów 1600 mAh (działają do dziś, bo dobrej firmy) pozwalała na zrobienie 40-60 zdjęć z błyskiem przy użyciu ekraniku. Po zakupie 2400 mAh zachłysnąłem się gotowością aparatu do pracy. Nie nagrywał filmów, ale też mi na tym nie zależało, bo jakość oferowanych przez producentów aparatów sekwencji była tak mierna, że aż żenowała więc z tego gadżetu zrezygnowałem świadomie. Dokupiłem do niego kartę 128 MB (orginał z Japonii) o dość szybkim zapisie 1,3 MB/s!!! I miałem to na co liczyłem. Maszynka spłaciła się w 6 miesięcy i służyła nadal. Przeżyła 5 par akumulatorów i dwie karty 16 MB, oraz jedną 64 MB. Te ostatnie się zużyły w spossób naturalny.
Niezawodność.
Zrobiłem tym DX 3900 12 tys. zdjęć, w większości 3 Mpix. Niech to zaświadczy.
Z tego może z 50 nieudanych.
Pierwszą niedyspozycją stało się uszkodzenie wizjera. Z mojej winy, bo zostawiłem go na 2 dni za szybą auta na słońcu. Tak mnie to zaintrygowało, że dawaj rozkręcić go żeby namacalnie sprawdzić co zaszło. Stopiła się folia na pryzmaciku w wizjerze. Po tej diagnozie oraz wniosku, że naprawić się nie da złożyłem go na powrót i przy tym samodzielnie uszkodziłem blaszkę przełączania trybów, tę pod pokrętłem. Pozostało mi założyć mostek blokujący tryb robienia zdjęć. Było to w 3 roku użytkowania (dawno po gwarancji) i od tego czasu zrobiłem dokładnie 3041 zdjęć używając jedynie ekranu. Jakość zdjęć pozostała nie zmieniona.
Niezawodność.
Nigdy mnie nie zawiódł. Niezbyt wiele od niego żądałem. Tylko żeby robił ładne zdjęcia. W pomieśczeniach czy w pełnym słońcu, podczas deszczu i przy jaskrawym śniegu. Czarny włochaty pies na śniegu to jest wyzwanie dla fotografa i jego sprzętu. Podjąłem to wyzwanie i teraz mam 9 setek pamiątek po mojej suni.
Brakowało mi tylko trybu manualnego ostawienia przysłony i migawki. Sama regulacja czułością to nie to samo.
Zdjęcia.
Czy to soczysta zieleń z szafirem nieba czy brudny śnieg w pochmurny dzień czy też krzykliwie kolorowo ubrane i roześmiane dzieci w ruchu, zdjęcia zawsze wychodziły ładnie i kolory były rzeczywiste. W trybie B&W było jeszcze lepiej bo półcienie nie ustępowały Zenitowi, którym się uczyłem zdjęcia robić. Lampa dawała takie rozproszenie o jakie mi chodziło, tylko niekiedy był zauważalny cień z tyłu obiektu. Fotki "pod światło" i pod słońce prawie zawsze były takie jak zamierzone najdalej za drugim razem. Fotki w ciemnych pomieszczeniach gdzie AF szalało też były bez zarzutu. Ogólnie byłem więcej niż baaardzo zadowolony z efektów pracy tej maszynki.
Wadi i zalety.
To co wydawało mi się wadą na początku okazało się zaletą po awarii, mianowicie kilkusekundowe wyświetlanie ujęcia po wykonaniu zdjęcia. NA początku mnie to irytowało, potem się przyzwyczaiłem i zignorowałem a poźniej stwarzało obowiązek spoglądania na dzieło chwili.
Istotną wadą jest całkowity brak trybu macro. Ta namiastka którą wbudowano w aparat to nieporozumienie. W żadnym ustawieniu zoomu nie robił prawidłowych ostrości. Podobnie z trybem krajobrazu. Tylko w słoneczny dzień bez zamglenia dało się wydobyć piękno z widoku przed obiektywem. Tutaj mam porównanie z 3megowym Benq'iem z 2003 roku, który robił rarytasy z pejzaży. Szczególnie różnice wychodziły na chmurach. Nie mógł też mój Kadaczek konkurować z 2 megowym Canonem ze swojego rocznika. Ale to jest pewnie wina jakości kompresji, którą ta firma przebija resztę świata. I na nic tu uwaga, że to było inna klasa cenowa: 2megówka i tak była lepsza w gradientach i póltonach. Natomiast kolory.... to już bajka. Przez 2 całe lata nie widziałem lepszych barw niż z mojego Kodaka. Żadnych szumów i artefaktów, odblaski światła jak z reklam Cilita, po prostu miodzio. Za to go tyle czasu kochałem.
No cóż przygoda sie skończyła, mostek się skruszył (33 poważne upadki od awarii) i zrobił zwarcie gdzieś w środku. Zaczęło się od natychmiastowego rozładowywania akumulatorków, do tego stopnia, że 2 zdjęcia dało się wykonać i "game ower". Potem gdzieś to ziarenko poleciało na płytę główną i już się nie włączył, na ekranie prążki i to był "TILT". Dzieła dokonała moja 1,5 roczna córka bawiąc się nim w "wydłubię ci oczko". Jej ten aparat zrobił około 1 tys. zdjęć a ona go pazurem... Porysowanego obiektywu już nie warto reanimować, więc decyzja o zakupie nowego zapadła szybko. Warto dodać, że obiektyw był prawie doskonały, zoom z AF działały zbiorowo i natychmiastowo i do "końca" był bez skazy.
Dziś taki aparacik to żaden rarytas, ale kosztował tyle samo co np. Nikon CoolPix 4100 więc była to wtedy niebagatelna kwota. Na rynku wtórnym można obecnie nabyć sprawny za niecałe 200 zł z kartą.
I tak z recenzji wyszło mi opowiadanie, ale chyba nikt nie będzie mi miał za złe moich sentymentalnych wynurzeń bo sa dość rzeczowe.
A teraz ciekawostka: kupiłem też Kodaka, model C643 i kartę z transferem 7,5 MB/s po stronie zapisu, wszysko od jesnego dostawcy w najbardziej znanym serwisie aukcyjnym za sumę 494 zł (445+49). Recenzja niebawem...
Jakość: 5; Funkcjonalność: 5; Niezawodność: 6; Zdjęcia: 4; Koszt: 5; Średnia: 5 pkt